FESTIWAL MUZYKI CELTYCKIEJ "ZAMEK" W BĘDZINIE
Relacja Saoirse
Trzeci dzień Festiwalu Muzyki Celtyckiej "Zamek" w Będzinie rozpoczął się ciepły, leniwy i z początku bardziej przypominający niedzielny festyn dla mieszkańców pobliskich ulic, niż imprezę mającą ściągnąć ludzi z całego kraju. Bardziej od niewielkiej sceny rzucały się więc w oczy stoiska z piwem, popcornem oraz tysiącem niepotrzebnych gadżetów na każdą okazję, oblepione przez szarańczę marudzących szkrabów oraz murki i ławki oblepione przez złotą będzińską młodzież.
Wczesnym popołudniem rozpoczęły się warsztaty taneczne prowadzone, i trzeba przyznać prowadzone dobrze, przez dziewczęta z toruńskiej grupy tańców celtyckich "Beltaine" oraz Panią Dorotę. Tańczący otoczeni chmurą wzbijanego pyłu, w pełnym słońcu, wytrwale zgłębiali taneczne arkana, by po zakończeniu nauki rozejść się celem zdobycia napojów regenerujących, a następnie obejrzeć będziński kabaret "Wpadka", dający występ na dziedzińcu. Przedstawienie tyczyło się święta druidów mocno doprawionego współczesnością i słabo zawoalowanymi doń aluzjami. Sporo pomysłów, wystarczająco dużo talentu, ale za mało szlifu, obycia i subtelności. "Wpadka" to twór dość świeży, więc pewnie to tylko kwestia czasu aż odpowiednio się przegryzie, poddusi i zaserwowana doczeka szczerego uznania.
Pół godziny później rozpoczęła się właściwa, koncertowa część tego dnia festiwalu, otwierana występem trójmiejskiego "The Reelium". W tym miejscu wypada mi pokornie prosić o wybaczenie, gdyż w powodzi innych ważnych zajęć Trójmieszczan obejrzeć nie zdołałam. Szantowa grupa "Banana Boat", zaproszona zapewne w ramach dygresji od celtowania, a pochodząca w większości swojego składu z pobliskiego Sosnowca, grała już vis-a-vis słońca zachodzącego romantycznie nad będzińskimi kominami i blokowiskami. Rewelacja. Muzycznie świetni, jako jedynych instrumentów używający własnych głosów. W ich aranżacji nie rażą nawet tak dalekie wycieczki repertuarowe jak Sting. Świetny kontakt z publicznością z lekką showmańska żyłką.
Tańczące po nich dziewczęta z "Beltaine" i występujący następnie Rimead mieli już przed sobą mocno rozbawioną publiczność i tym samym mocno ułatwione zadanie. Torunianki dały pokaz naprawdę dobrej choreografii, zgrania, techniki, zachowania scenicznego, choć mój wredny, subiektywny punkt widzenia preferuje raczej zespoły typu Comhlan, tańczące nieco bardziej tradycyjnie albo tańczące i nowoczesne układy, i tańce setowe. Ten dzień festiwalowy zwieńczył koncert zespołu "Rimead", który tygrysy lubią bardzo i który z tego powodu trudno mi ocenić obiektywnie. Całkowicie subiektywnie: zagrali energetycznie i jak zawsze nie zawiedli kompozycyjnie i instrumentalnie.
Fatalnie, że nie mogłam obserwować festiwalu przez pełne 3 dni i w zasadzie rzuciłam okiem tylko na jego zwieńczenie. Ponoć zabawa tak naprawdę zaczynała się na nocnych jam sessions na zamku i trwała w szkołach, w których przybysze z daleka mogli zamówić sobie nocleg. Organizatorzy naprawdę zadbali o dobór muzycznych i tanecznych wykonawców, gorzej było trochę z informacją na ten temat. Trzeba było mocno się nawysilać, żeby dotrzeć do szczegółów. Strona festiwalowa, choć pomocna, mogłaby mieć nieco lepszą nawigację i właśnie szczegółowość. Brakowało mi też większej ilości nawiązań do tradycji i historii. Jako taką reprezentowało jedynie będzińskie bractwo rycerskie. Być może to kwestia rozmachu, którego festiwal "Zamek" jeszcze nie nabrał, być może brak rąk lub środków do zaproszenia większej ilości twórców. To dopiero druga taka impreza na zamku będzińskim i widać, że jeszcze nie przestała raczkować. Z tą energia i z takimi początkami ma jednak szanse rozwinąć się w coś, co zobaczyć bezsprzecznie należy.
[Powrót]