RZYMIANIE I BARBARZYŃCY WE WROCŁAWIU
relacja Aneirina
Po trzygodzinnej, nudnej podróży autostradą A4 dojechaliśmy do Wrocławia, a chwilkę później do grodu, robiącego spore wrażenie - ładna bryła, domy, studnia, wieże, słowem - gród jak się patrzy. Zakwaterowaliśmy się w największej chacie, dzieląc ją z Przeworczyko-Germanami pod wodzą niejakiego Denwera. Spanie rozłożyliśmy sobie na stołach, rozścielając skóry i koce. Nocny spoczynek poprzedziło zebranie, które przez głosowanie przyjęło kandydatów w szeregi stowarzyszenia i zabawa z gospodarzami grodu przy ogniu. Rozmowom, śmiechom nie było końca, a grupka Celtów przy akompaniamencie zabawiała siebie i innych tańcząc. Dużo później zziajani tancerze i reszta kompanii wrócili do chaty by ułożyć się do snu. Zasypianie przy żarze ognia ma w sobie coś niesamowitego, tak jak i przebudzenie o świcie, gdy przez szpary między belkami prześwitują promienie słońca.
Zaczęliśmy przysposabiać chatę do prezentowania naszych rzemiosł, wyrobów i gier. Po południu tłumy zwiedzających ruszyły do grodu i zaczęło się oblężenie, na szczęście rozkładało się ono pomiędzy nas, Rzymian z Legionu XIIII i słowiańskich wojów - gospodarzy grodu. Odbyła się też bitwa inscenizująca zdobywanie grodu przez legion rzymski, potem bitwa na podgrodziu gdzie przeciw Rzymianom i germańskiej auxilii dzielnie stawali Słowianie, Celtowie i Germanie. Tym razem Rzym był niepokonany. W połowie dnia niespodziewanie pojawił się Saracen wraz z kompanem, co dodało kolorytu mieszance etniczno-czasowej, jaka mieszkała w grodzie.
Wieczór upłynął pod znakiem biesiad przy ogniskach, szybkiego kursu tańca "celtyckiego" dla chętnych Słowianek i ponownych pląsach przy gitarze.
Tego też wieczoru odbyła się ceremonia przyjęcia i dwoje młodych Celtów stało się w pełni członkami Celtiki. Pokazując, że Celtowie nie mają uprzedzeń rasowych, gatunkowych i innych zaprosiliśmy pod dach Saracena, bo w końcu w zacnej kompanii nawet spać przyjemniej.
Drugi dzień był upalniejszy od poprzedniego, więc wszyscy nieco mniej energicznie zabierali się do codziennych zajęć, jednak gdy tylko jako tako się pozbieraliśmy, korzystając z chwilowego braku turystów zrobiliśmy sobie małą sesję fotograficzną "bez cywilizacji". Potem znów młynek piknikowy, opowiadanie legend, granie, praca i odpowiadanie na pytania. Tu również organizatorzy przekazali mikrofon odtwórcom i można było zaprezentować stoiska i odtwarzaną kulturę. Można też było podziwiać popisy czeskiej grupy "Taurus Familia Gladiatores", która z iście cyrkową sprawnością prezentowała walki gladiatorów uzbrojonych w trójząb, sieć i miecze.
Około szesnastej tuż obok naszej chaty doszło do rozbiórki pieca dymarskiego i zwiedzający mogli na własnej skórze przekonać się, że praca hutnika to bardzo dużo potu, zwłaszcza w tak upalny dzień, gdy piec dodatkowo dogrzewa ziejąc piekielnym gorącem.
Mimo tak niesprzyjających warunków rozbiórka poszła sprawnie i oczom zainteresowanych ukazało się "piekiełko" czyli kotlinka z łupką żużlową. Cały proces demontażu pieca był fachowo komentowany przez Andrzeja Przychodniego, który jeszcze przez kilkanaście minut po prezentacji odpowiadał na pytania publiczności.
Chwilę później odbyła się wielka narada wojenna, która ustaliła przebieg walk na terenie osady i przed nią. Tym razem podział sił był mniej więcej równy i legion nie korzystał ze wsparcia barbarzyńców (z resztą część barbarzyńców opuściła gród przed bitwą, by wrócić do swych domostw). Ustalono że bitwa będzie miała trzy etapy: walkę na błoniach przed grodem, walkę o bramę i podgrodzie, oraz zdobywanie grodu. W ogniu walk o bramę piszący te słowa poległ ulegając przewadze wroga i resztę walk oglądał z pozycji nieboszczyka wygodnie opartego o koryto, w towarzystwie poległej pani Layesse, która jako pierwsza celtycka kobieta rzuciła się w ogień walki. Rzymianie, gdy zostali odparci spod bramy grodu, sformowali ładnego żółwia i mieli zamiar ostrzelać bramę ze skorpiona, lecz początkowo musieli chować się przed gradem strzał i kawałków darni które miotali na nich dzielni obrońcy grodu [a każdy celny strzał był nagradzany wiwatami z wałów i rechotem dwóch celtyckich duchów wygodnie ułożonych przy moście nad fosą]. W pewnym momencie do bramy podszedł legionista (jak spodziewali się obrońcy grodu - w celu negocjacji) i półgłosem poprosił: "ej dajcie nam naciąg do skorpiona". Salwa śmiechu, która gruchnęła z wałów powinna sponiewierać Rzymian straszliwie, lecz o dziwo jakoś jeszcze trzymali się na nogach, więc jako dodatkowe argumenty znów z wałów posypały się strzały i pecyny darni (tu szczególne gratulacje dla Faer, która w pięknym stylu trafiła rzymiaka w hełm wzbudzając malowniczy obłoczek ziemi i kolejną salwę śmiechu). W końcu litościwi Barbarzyńcy oddali naciąg i Rzymianie po oddaniu dwóch strzałów w kierunku bramy ruszyli do ataku. Tym razem jednak waleczność grodzian była tak duża, że legioniści niczym czerwony dywan zaścielili podwórze grodu. Kilku zostało wziętych do niewoli, a jeden z Barbarzyńców paradował po grodzie w zdobycznym hełmie. Tradycyjnie zmarli powstali i w atmosferze przyjaźni komentowali między sobą przebieg walk. Później już, gdy ostatni zwiedzający kręcili się po grodzie, nadszedł czas pakowania sprzętu i powrotu do domu.
To była dobra impreza w bardzo klimatycznym miejscu i dawno tak dobrze się nie bawiliśmy, tańcząc, pracując, walcząc. Składając dzięki organizatorom i budowniczym grodu, mam nadzieję, że za rok znów Celtowie będą w szeregach Barbarzyńców łomotać Rzymian.
Serdecznie też pozdrawiam właścicielkę wściekle groźnej bestii - Terry'ego.
Zpraszamy do galerii.
[Powrót]