PIKNIK ARCHEOLOGICZNY NA JAĆWIEŻY
relacja Aneirina

Dzięki staraniom Teyrnona i negocjacjom Faerienn, pewnego czerwcowego poranka w Krakowie grupka Celtów (Faerienn, Branwyn i Aneirin) wsiadła do Celtobusa i ruszyła na północ w najdłuższą celtową podróż. Po drodze w Skarżysku Kamiennej zabraliśmy na pokład Tasiego i ruszyliśmy dalej, aby po drodze zajrzeć do Ełku po Saoirse, która spokojnie mokła sobie w okolicach dworca PKP. Po godzince z małym hakiem dotarliśmy do Suwałk, gdzie po niewielkich przejściach udało się nam zakwaterować. Później już tylko10km na północ w stronę granicy i naszym oczom ukazało się urocze miejsce czyli Szwajcaria koło Suwałk.

Dawno nie widzieliśmy tak pięknego terenu festynu. Znać, że przodkowie mieli wyczucie piękna i starannie wybrali miejsce na swoja nekropolię. Na miejscu imprezy spotkaliśmy się z Teyrnonem, który powitał nas serdecznie, czyniąc wokół siebie wiele hałasu, a następnie przedstawił swoim znajomym. W ramach poznawania terenu poszliśmy dokładnie obejrzeć jaćwieskie kurhany, a gdy zaczęło zmierzchać wróciliśmy do Suwałk, bo po jedenastu godzinach za kierownicą i dużej dawce tlenu w Szwajcarii pod Bardem zaczęły chwiać się nogi.

Następnego dnia o świcie ruszyliśmy do Szwajcarii i na miejscu rzuciliśmy się w wir przygotowań do imprezy. Tu duże słowa uznania dla Branwyn, Saoirse i Tasiego - nigdy tak sprawnie nie szło nam rozładowywanie busa i aranżacja stoiska. Potem nadszedł czas na powitania ze starymi znajomymi, poznawanie organizatorów i ciekawe rozglądanie się dookoła po innych kramach. A było co oglądać: Litwini pokazywali swoje wyroby kowalskie, cuda ludowego zielarstwa, drewniane majstersztyki i wspaniałe poczucie humoru.

A później już była tylko proza życia imprezowego - na horyzoncie pojawili się turyści - piknik archeologiczny na Jaćwieży się rozpoczął. Słoneczko prażyło niemiłosiernie, ludzie kręcili się i zadawali pytania, a nam uśmiechy nie schodziły z ust przez cały dzień. I tu wielkie podziękowania i jeszcze większy plus dla organizatorów - takiej opieki nad wykonawcami nie widzieliśmy nigdzie. Przed południem pojawili się młodzi ludzie z kawą i herbatą, chwilkę później mile uśmiechająca się pani wyczekała chwilkę gdy turyści nie interesowali się zbyt mocno naszymi rzemiosłami i obdarzyła nas talonami na napoje i jedzenie. Równie sprawnie przebiegło dyskretne (w stosunku do turystów) podpisanie umowy. Słowem - pełen profesjonalizm, żadnego biegania, krzyków, chaosu czy niedoróbek.

Na polu bitewnym w samo południe woje stoczyli krwawy bój, strzały latały do celu na torze łuczniczym, a turyści oblegali część historyczną i część ludyczną (poza terenem historycznym stoiska mieli lokalni twórcy ludowi). Co jakiś czas ktoś z prowadzących imprezę przekazywał mikrofon którejś z grup odtwórczych, by miały możliwość zaprezentowania siebie, odtwarzanej epoki i kultury oraz swoich wyrobów. Gdy dzień miał się ku końcowi, a ostatni turyści zniknęli za skarpą, rozpoczęła się część nieoficjalna, czyli pieczenie dzika i ogniskowe rozmowy. Niezapomnianyme były te momenty, gdy nad doliną unosił się śpiew Litwinów. Przy celtowym ognisku w kociołku bulgotało sobie pyszne jedzonko, a dookoła kociołka do późnych godzin nocnych rozbrzmiewał śmiech.

Drugi dzień był równie emocjonujący jak pierwszy, ponieważ pogoda dopisywała i zwiedzających było więcej niż dzień wcześniej. Za to pod wieczór powoli smutek zaczął zadomawiać się w naszych sercach bo impreza chyliła się ku końcowi. Wspólne zdjęcie i wykopanie masztu z flagą imprezy symbolicznie zakończyło piknik i wykonawcy zaczęli powoli zwijać swoje kramiki. Niektórzy wyjeżdżali wcześniej, inni zostawali na noc. Na polanie zapłonęło kilka ognisk, przy których ponownie popłynęły opowieści i anegdotki. Nieocenionym towarzyszem przy ognisku okazał się litewski woj, który oświecił nas, jak powinien wyglądać światek odtwórców [kto był, ten wie]. Miło było też wymienić kilka uwag ze znanym z forum Freha "Tatarem", o bukłakach, oraz zwerbować i przechrzcić na "celtyzm" Rzymiaka, który jak się okazało - był Krzyżakiem.

Później szybkie spanie i jedenastogodzinny powrót do domu. To była wspaniała impreza i mamy nadzieję, że jeszcze kiedyś będziemy mogli pojawić się na niej w większym gronie. Wielkie podziękowania dla pana Jerzego Siemaszki i wszystkich organizatorów, pomocników, dobrych duchów za tak doskonałą organizację.

Osobne podziękowania dla Celtów którzy sprawili że z naszej strony wszystko zadziałało idealnie.

Zpraszamy do galerii.

[Powrót]