TURNIEJ ŁUCZNICZY NA ZAMKU RABSZTYN
relacja Faerienn

Świeży powiew wlewał się swobodnie przez szeroko otwarte okna, umilając nam przedwieczorny skwar. Droga umykała szybko - aż za szybko - spod kół. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do tak krótkich podróży. Jeszcze tylko uśmiech na widok osiedla niebieskich dachów w Olkuszu i już na horyzoncie zamajaczyły ruiny zamku Rabsztyn.

Po kilku nieudanych podjazdach na strome zbocze znaleźliśmy wreszcie właściwą drogę. Kilka piaskowych zasadzek nie mogło zwieść Barda - naszego najdzielniejszego kierowcy. Paroma zrywami Celtobus dotarł na szczyt wzgórza. Tam powitało nas mnóstwo osób, nie podających rąk [z powodu zabrudzenia ich rozstawianiem namiotów] oraz wykrzykujących swoje imiona jak uczestnicy licytacji. Przyznam się szczerze - nie zapamiętałam ani jednego :) To byli organizatorzy. A parę kroków później dotarliśmy do Iglopolis, gdzie oczekiwała nas 'nasza' ekipa, czyli zaprzyjaźnione [zwłaszcza po imprezie ;)] bractwa ze Starachowic i Ostrowca Świętokrzyskiego. Po powitaniach z Tasim i Branwyn pomknęliśmy zapoznać się z zamkiem. Dotarliśmy na sam szczyt. Niewiele jest piękniejszych rzeczy od patrzenia z najwyższych wzniesień na okolicę, poczucia integracji z przodkami, którzy kiedyś w tym samym miejscu spędzali czas i wsłuchiwania się w zapadający zmierzch. Dopóki nastroju nie zakłóci pijana młodzież, której niebawem ustąpiliśmy miejsca na wysokościach i wróciliśmy do obozu.

Wieczór upływał mile - ognisko, dźwięki drumli, śmiechy i rozmowy, z początku ostrożne i zapoznawcze, później coraz śmielsze. Nagle znad wzgórza doleciał krzyk - POŻAR. Palił się strzałochwyt ustawiony na torze łuczniczym. Rzuciliśmy się na ratunek. Panowie z narażeniem życia [a na pewno zdrowia] rozrzucali paczki słomy, aby uratować te, które jeszcze nie zajęły się ogniem. Damy wróciły stróżować w obozie tuż po tym, jak po chwili namysłu ustalono, że siano podpalili tubylcy. Obawialiśmy się kolejnych niespodzianek.

Na szczęście obyło się bez dodatkowych atrakcji. Po ugaszeniu ognia wróciliśmy do obozu, ale ochota na zabawę już odeszła. Poszliśmy spać zadziwiająco wcześnie, jak na plenerową imprezę. Puszczyki z Lasu, W Którym Straszy zaanonsowały pierwszą po północy..

Słoneczny świt wyrzucił nas z namiotów, dając nadzieję na choć parę minut przyjemnego chłodu. Wszyscy - słusznie z resztą - spodziewali się upalnego dnia. Po porannej toalecie i namiastce posiłku wyruszyłam z Bardem obejrzeć zamek w świetle dziennym. Słońce już dawało się we znaki, toteż poprzestałam na sesji fotograficznej przyrody u stóp ruin, czekając, aż Aneirin zejdzie z wyżyn. Wróciliśmy do naszych, by spędzić leniwy poranek w cieniu lip. Po krótkim deszczu, który usiłował nas zastraszyć [niedoczekanie], zabraliśmy się do rozstawiania stoiska. Mieliśmy okazję obejrzeć przy tym z bliska Mrocznego Rycerza, czyli Kasztelana - konferansjera, który jak na mówcę, raził nieporadnością językową. Za to znał mnóstwo staropolskich słów. Na przykład 'poczynajcie' i 'przeto'. Oraz 'poczynajcie'. Popisy znajomości językowej mogły trwać godzinami. Na szczęście nie trwały.

Dzień upłynął pod znakiem emocji łuczniczych. Nasza dzielna Branwyn wzięła udział w swoim pierwszym turnieju, strzelając na równi z pozostałymi uczestnikami. W zasadzie wszyscy niemal byli 'nasi' - z wyjątkiem kilku członków bractwa Kruki - więc w zasadzie wygrana pozostała wśród swoich. Pierwsze miejsce zajął Jarosław z Lub[l]ina, drugie Ukasz spode Łba, trzecie Morel. O poziomie turnieju świadczyć może fakt, iż rozstrzygnął się po dogrywce.

Oprócz zabaw łuczniczych, prezentacji naszych rzemiosł i bitwy o zamek mieliśmy też przyjemność [dużą] wysłuchać koncertu zespołu Sushee oraz drugą [wątpliwą] - obejrzeć występ zwany 'pokazem tańców irlandzkich'. I nie szkodzi, że w istocie były szkockie oraz możliwe do opanowania w ciągu 5 minut. Nie szkodzi, że pani prowadząca zespół czytała sobie kroki z kartki. Nie szkodzi, bo kiedy w czasie pokazu zaczęliśmy niezobowiązująco tańczyć Petronelę gdzieś z boku, połowa publiczności zaczęła oglądać nas. Drugiego dnia pan Mroczny Kasztelan na szczęście pozwolił się przekonać, że tańce są szkockie. A my po krótkim zastanowieniu wzięliśmy udział w 'warsztatach tańców' i pokazaliśmy prowadzącym je osobom, jak tak naprawdę tańczy się taniec, którego nazwy nawet nie znali - Circassian Circle. Do Polki nie pozwoliliśmy się zmusić, mimo usilnych próśb i starań Pani Trenerki.

Na deser mieliśmy jeszcze okazję posłuchać Częstochowa Pipes and Drums. Niezapomniane przeżycie zwłaszcza, kiedy stoi się w pobliżu. A Branwyn po raz kolejny pokazała klasę, pozwalając się zaprosić na środek łuku, w którym stali dudziarze, i tańcząc dla wszystkich prześlicznego Flinga.

Impreza - mimo drobnych niedociągnięć organizatorskich, które z uwagi na debiut należy wybaczyć - była niezmiernie udana, zwłaszcza pod względem towarzyskim. Niniejszym pozwolę sobie serdecznie pozdrowić członków Swojuszu Żwojów. Kto był, ten wie.. ;)

Zpraszamy do galerii.

[Powrót]