ŚREDNIOWIECZE W POLSCE I NA JAĆWIEŻY - PŁOCICZNO 2004
Relacja Aneirina
Do Płociczna wybrałem się dzięki wciagnięciu mnie na listę uczestników przez zaprzyjaźnione osoby. W piątek wieczorem, przed długim majowym weekendem wyruszyliśmy na podbój północy. Koniec świata, a w zasadzie koniec Polski. Podróż nie obyła się bez przygód. W busie odmówił współpracy alternator (nigdy, ale to przenigdy nie ufajcie "panom Heniom" robiącym coś za pół ceny) i w gęstniejącym mroku za oknami światła samochodu zaczęły przygasać. Na szczęście diesel to nie benzyniak i nie potrzebuje prądu by jechać. Troszkę na wariata dogoniłem tira i na jego ogonie dojechaliśmy do Łomży gdzie na stacji benzynowej był też auto serwis. Tu właśnie przywitaliśmy wejście naszego kraju do UE.
Naprawa potrwała parę godzin, wyrywając boleśnie z kieszeni kawał grosza, ale co robić, mus jechać dalej. Nie będę się rozwodził nad innymi urokami mazursko-suwalskich dróg, dodam tylko, że małym szokiem było nagłe zniknięcie asfaltu, a po kilku kilometrach jazdy po piaszczystych muldach pojawienie się tablicy informującej, że niniejsza droga jest budowana z funduszu Unii Europejskiej. Nie wiadomo - płakać, czy się śmiać. Najpiękniejszym widokiem, niejako nagrodą za poprzednie trudy prowadzenia "sypialnego do Płociczna" był meteoryt lecący dość płaskim torem, święcący przepiękną zielenią. Gdybyśmy dojechali planowo, to nigdy bym czegoś takiego nie zobaczył. Chwała bogom za to.
W Płocicznie powitani zostaliśmy przez czekających na nas kolegów z Routiers. Było wesoło, a po kilku godzinach odpoczynku rozpoczęliśmy szykowanie stoisk, by zdążyć przed pierwszymi zwiedzającymi.
Później rozpoczęło się "życie pokazowe". Na stoisku tkackim, gdzie gościłem, spokojnie tkaliśmy, tłumacząc jak kiedyś wykonywano materiał, obok garncarze robili swoje, pozwalając dzieciakom "potaplać" się w glinie i ulepić coś swojego, po drugiej stronie zacny brązownik, Mistrz Michał, pokazywał swoje wyroby, a nawet - wzbudzając powszechne zaciekawienie - pokazał, jak odlewa się srebrną sztabkę. Z rzemieślników można było jeszcze ujrzeć dziegciarzy, do których można było trafić po zapachu (piękna ostra woń dymu i prawdziwej smoły), kowala, który na polowym palenisku wykuwał to nóż, to grot do strzały, to widelec. Można było pokosztować podpłomyka, jak i zrobić sobie fryzurę prosto ze średniowiecznego żurnala mody. Słowem - dla każdego coś miłego. Młodzież starsza i młodsza mogła popróbować szczęścia na zaimprowizowanym stanowisku archeologicznym, a cała rodzina, pokrzepiwszy się małym "co nieco" ze straganu, mogła udać się na przejażdżkę kolejką leśną po parku wigierskim (a jest na co popatrzeć).
Oczywiści clou programu było zdobywanie jaćwieskiej osady przez Krzyżaków. Trup słał się gęsto, co i raz albo Krzyżak, albo Jaćwing padali martwi, by po chwili otrzepawszy się z kurzu w najlepszej komitywie razem pójść na obiad, czy też odsapnąć chwilkę w cieniu, bo żar z nieba lał się okrutny.
Warto było tam pojechać i aż żal było pod koniec weekendu wracać do domu, zostawiając to barwne towarzystwo na resztę tygodnia w uroczym miejscu, gdzie przywołano czas sprzed wieków.
Łyżeczką dziegciu w tym jakże sielskim krajobrazie był parowóz, który stał tuż przy wzniesionych naprędce wałach i jedzenie, które nijak nie mogło zaspokoić rycerskich apetytów odtwórców.
Zapraszamy do galerii.
[Powrót]