II MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL PODRÓŻNIKÓW I ODKRYWCÓW MEDIATRAVEL w Łodzi
Relacja Vidrobellinusa

Międzynarodowy Festiwal Podróżników i Odkrywców Mediatravel w Łodzi był dla nas niespodzianką. To pierwsza impreza, której organizatorzy z własnej inicjatywy zaprosili nas do siebie. Co prawda plan naszego udziału ewoluował dość drastycznie (z całego tygodnia i własnej prezentacji w programie, do jednodniowego pobytu w charakterze niedookreślonym), ale podjęliśmy w końcu decyzję "na Tak".

Chłodny sobotni poranek, w końcu to marzec był (27 marca 2004 konkretnie), powitał nas na łódzkim dworcu kolejowym. Czworo podróżników z Warszawy oddało się pod opiekę Fergusa, który przyjął na siebie obowiązki przewodnika. Szybko dotarliśmy do Domu Kultury, gdzie miał się odbywać Festiwal. Jak się okazało... za szybko. Brak Szefa-koordynatora, panie szatniarki, które za żadnych bogów nie chciały zaopiekować się nawet przez chwilę naszymi bagażami, a wielka kłódka na zakratowanych drzwiach kawiarenki nie poprawiła nam wcale nastrojów. O istnieniu Festiwalu świadczyły tylko wiszące plansze i plakaty, a przemykające holem grupki okazywały się a to kółkiem baletowym po zajęciach, a to słusznym wiekowo klubem sportów stolikowych (brydż, szachy). W końcu udało się namierzyć kogoś z organizatorów, kto zgodził się przechować nasze tobołki i mógł nam udzielić kompetentnej informacji, kiedy pojawi się Szef. Mieliśmy więc dla siebie nieco czasu, który postanowiliśmy wykorzystać najlepiej, jak się tylko uda. Spacer po Piotrkowskiej, wizyta w herbaciarni - wreszcie coś ciepłego w żołądku - i zwiedzanie Muzeum Archeologicznego w sympatyczny sposób uzupełniły nasz program pobytu.

Tymczasem w Domu Kultury Festiwal ruszył już pełną parą. Udało nam się spotkać Szefa i wycyganić kluczyk od pomieszczenia, gdzie mogliśmy się przebrać w nasze stroje. W holu uderzył nas w nozdrza zapach charakterystyczny dla kuchni. To pracująca na parterze pizzeria dawała o sobie znać. Grzechem byłoby nie skorzystać. Dwa stoliki obstawione bukietem różnosmakowych placków i zaczęła się orgia żarłoków.

Cokolwiek syci, z nowym tradycyjnym zawołaniem bojowym "Niech TOMATO będzie z Wami!" wróciliśmy do holu ŁDK. Tam zastaliśmy już sporą grupkę ciekawskich, przybyłych na opowieści Jacka Pałkiewicza o wyprawach w dzikie zakątki globu, tudzież na Artura Orzecha i jego wspomnienia z podróży na Bliski Wschód. Najbardziej ciekawscy byli dziennikarze, poszukujący, czasem nawet z sukcesem, informacji Kto?, Co?, Gdzie?, Kiedy?, I o co w ogóle tutaj chodzi?. Drugie miejsce w naszym nieoficjalnym plebiscycie na "Ciekawskiego Imprezy" zajęli... organizatorzy. Przebiegający przez hol młodzi ludzie z tlącym się w oczach przerażeniem zadawali nam pytania jeszcze dziwniejsze, niż dziennikarze. Nasze, jak najbardziej szczere, odpowiedzi wyraźnie obracały w gruz ich pojęcie o tym gdzie są i co mają robić.

W tak miłej atmosferze upłynął nam czas do wieczora, kiedy pojawiły się swojskie klimaty. Koncertowi grupy The Common Ground (niezłe celtyckie brzmienie) towarzyszył zespół tańca irlandzkiego Bronntanas. Nie dane nam było jednak napawać się swojską atmosferą zbyt długo, bo nadeszła pora pakować się i biec na ostatnie możliwe połączenie kolejowe do domu.

Nie będę nawet próbował podsumowywać Festiwalu. Widzieliśmy tylko wycinek jednego dnia z tygodniowej imprezy o dość bogatym programie. Pozwolę sobie życzyć serdecznie Organizatorom aby kolejne edycje były coraz ciekawsze i cieszyły się rosnącym powodzeniem.

[Powrót]