"KUL"TOWE CELTIC FEVER - LUBLIN
Relacja Aneirina
Na zaproszenie lubelskiego oddziału studenckiego stowarzyszenia AEGEE, 14 kwietnia 2005 grupa Celtów wylądowała na dziedzińcu Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
Ponieważ impreza odbywała się kilka dni po śmierci Jana Pawła II, żywiliśmy obawy, jak będziemy się prezentować w sąsiedztwie pomnika Wielkiego Polaka, na szczęście dziedziniec był na tyle duży, by można było bez profanacji zaprezentować nasze umiejętności, choć chodziły słuchy, że Jego Magnificencja Rektor wyraził obawę co do prezentowania pogańskich guseł w sąsiedztwie wyżej wzmiankowanego pomnika.
Równolegle z naszymi działaniami odbywały się prelekcje, warsztaty i panele dyskusyjne. Stoisko Celtiki było oblegane przez cały czas, a ekipa dwoiła się i troiła by odpowiedzieć na wszystkie pytania, pokazać każdy przedmiot, opowiedzieć legendę, zaprezentować techniki wytwórcze. Diarmuid i Layesse stoczyli kilka walk na miecze (ze sobą, jak i ze zwiedzającymi nasze stoisko), Faerienn i Saoirse udzielały wywiadów do lokalnego wydania Gazety Wyborczej, a na lewo i prawo rozchodziły się nasze ulotki edukacyjne oraz pierwszy numer Ogmy. Niektórzy ze "zwiedzaczy" byli tak głodni wiedzy i zafascynowani tym, że mogą "dotknąć prawdziwego Celta", że stali przy naszym stoisku kilka godzin, pytając o każdy "przedmiot konwersacyjny", biorąc go do rąk i zachwycając się nim.
Layesse w przerwach między walkami opowiadała o ziołach, sprzedając mieszanki ziołowe, Vidrobellinus raz po raz rozgrywał partie Gwyddbwylla, plótł sieć, opowiadając o tym jak nasi przodkowie wyprawiali się na łowy i co też na owych łowach wyprawiali. Arden natomiast wprawiała się w zszywaniu fragmentów płaszcza tkanego przez Faerienn. Bardzo malowniczo zaprezentowała się też para szczecińskich Celtów, kiedy po poddaniu się Diarmuidowi jeden z organizatorów postanowił spróbować swoich sił, bijąc się na miecze z jego kobietą. Layesse, jak przystało na godną swego miana Celtkę, dała mu nie mniejszy wycisk, niż jej ukochany. I bardzo dobrze.
Miłym zaskoczeniem był dla nas obiad, którym ugoszczono nas w jadalni ciała wykładowczego KUL-u, gdzie miły kelner podawał nam smaczny posiłek, regenerujący nadwątlone intensywną konwersacją siły. Po posiłku wróciliśmy na stoisko, by z nową energią szerzyć celtyckość na ziemi lubelskiej. Około 20-ej zwinęliśmy nasze zabawki i pojechaliśmy do miejsca, gdzie mieliśmy nocować.
Tutaj dopiero czekało nas zaskoczenie. Dworek profesorski, prowadzony przez miłą siostrę Krystynę, oczarował nas przytulnością i atmosferą. Po szybkim przepoczwarzeniu się w cywilne ubranka i wypiciu regenerującej kawy, ruszyliśmy gromadką (oprócz biednej Arden, która uczyła się do egzaminu) do pubu Birbant na koncert zespołu Samhain oraz małe piwko (no, może dwa). Tam też spotkaliśmy ludzi, którzy spędzili z nami większość dnia. Słuchając muzyki, rozmawiając o wszystkim i niczym, odpowiadając na pytanie: "skąd zainteresowanie Celtami", bawiliśmy się wspaniale do późnych godzin nocnych. Potem szybki powrót przez puste ulice śpiącego Lublina i każdy grzecznie poszedł spać.
Po pięknym i słonecznym dniu Celtic Fever następny ranek był chłodny i deszczowy, ot - Lublin rozpłakał się na pożegnanie. Nam też było smutno opuszczać tak gościnne miejsce, ale może za rok będziemy tam dłużej.
P.S. Serdeczne podziękowania za zaproszenie na Celtic Fever na ręce Magdaleny Dąbrowskiej z lubelskiego oddziału AEGEE składa zarząd Celtiki w imieniu wszystkich jej członków :)
Zapraszamy do galerii.
[Powrót]