ŻELAZNE KORZENIE 2005 - STARACHOWICE
Relacja Faerienn

Czwarta edycja Żelaznych Korzeni odbyła się po raz drugi w gościnnych Starachowicach, na terenie Muzeum Przyrody i Techniki im. Jana Pazdura. Zwiedzający mieli niepowtarzalną okazję doświadczenia prawdziwej podróży w czasie, kiedy tuż spod zdewastowanych lekko budynków i urządzeń dawnej huty żelaza przechodzili przez zarośniętą krzewami alejkę do starożytnej wioski z okresu wpływów rzymskich. A znaleźć tam można było wszystkie możliwe warsztaty dawnych rzemiosł - hutników, złotników, brązownika, kowala, tkaczkę, garncarzy, dziegciarzy, cieślów, rogownika i wielu innych [zapraszamy do galerii, gdzie można ich wszystkich zobaczyć]. Na obrzeżach pola bitwy swój obóz rozbili rzymscy legioniści, a po drugiej stronie w barbarzyńskim domostwie prezentowano życie codzienne ludzi z tamtego okresu.

Skromny celtycki obóz rozbity został na niewielkiej polance na uboczu wioski. W końcu byliśmy tam przejazdem, nie należało zatem zbytnio ingerować w wygląd osady. Jaskrawoczerwony - jak przystało na Celtów, miłujących barwy - namiot przyciągał wzrok snującej się po terenie publiczności, więc nie mogliśmy narzekać na brak zainteresowania naszym stoiskiem. Mieliśmy niepowtarzalną okazję w dwie osoby spróbować opowiadać jednocześnie o tkactwie, zielarstwie, kaletnictwie, życiu codziennym Celtów, grach antycznych, przedmiotach codziennego użytku i kuchni. Wydawało się to prawie niewykonalne, ale jakoś sobie poradziliśmy. Nie mieliśmy tylko czasu na swobodne zwiedzanie pozostałych kramów, mogliśmy to robić tylko ukradkiem, pojedynczo oraz bardzo, bardzo szybko. Jakimś cudem udało nam się sfotografować resztę osady, ale to również robione było w ostatniej chwili.

Największym zainteresowaniem na naszym stoisku cieszyło się krzesiwo z dołączonym do niego niezawodnie intrygującym pytaniem Aneirina "czy wiecie, co to za przedmiot i do czego służy?", a także wyroby kaletnicze i tkackie. Dziewczynki z wycieczek zwietrzyły szansę na zdobycie tkanych opasek na rękę, o barwach wybranych wedle własnych upodobań i od tego momentu nie mogłam się opędzić od otaczającej mnie grupki, dzierżącej w dłoniach wybrane zestawy wełenek, czekającej na swoją kolej. Szaleńczą pracę na bardku przerwał dopiero ulewny deszcz, choć musiałam na mokro dokończyć jedną z krajeczek, osłaniana przez przyszłą właścicielkę parasolem.

Aneirin ponadto czarował oglądaczy demonstrowaniem rytowania w skórze, z budzącą zdumienie cierpliwością dziobiąc kościanymi narzędziami rowki układające się w malownicze wzory, a także opowieściami o właściwościach kamieni półszlachetnych, które często były wykorzystywane przez naszych przodków. Wielką radość sprawił nam pierwszy dzień festynu. Wprawdzie lało w straszny sposób, a przebywanie w terenie nie sprawia przyjemności, kiedy ocieka się wodą i nie ma gdzie się schować, jednak była to również próba dla naszego namiotu. Uszyty własnoręcznie przeze mnie, a zaimpregnowany w pocie czoła za pomocą kostki wosku przez Aneirina, namiot przetrwał próbę wody - nie przemókł! Okazuje się jednak, że dawne metody wyrobu przeróżnych rzeczy użytkowych są nieodmiennie skuteczne.

Z wielkim żalem musieliśmy opuścić imprezę przed jej zakończeniem, ale obiecujemy [a nawet grozimy], że nie ustaniemy w wysiłkach, aby udało nam się na kolejne Żelazne Korzenie przyjechać nieco większą niż dwuosobowa grupą i zaprezentować satysfakcjonujące organizatorów nowe rzemiosła.

Zapraszamy do galerii.

[Powrót]