ŻELAZNE KORZENIE W STARACHOWICACH
Relacja Faerienn

Lipy szumiały nad palisadą, a słońce powoli dawało znać, że będzie to długi i gorący dzień. Faer ujęła mocniej dłoń Barda, poprawiła na ramieniu podróżną sakwę i oglądając się, czy wódz podąża za nimi wkroczyła na teren osady.

Powitał ją szum budzącego się do życia festiwalu. Rzemieślnicy rozkładali swoje towary pod strzechami, w piecach dymarskich radośnie hulał ogień, czujnie pilnowany przez hutników. Germańskie kobiety rozpalały ogień pod kociołkiem, aby przygotować strawę dla zebranych.

Faerienn powitała znajomych, uradowana widokiem przyjaciół z dawnych lat i podążyła do swoich współtowarzyszy, pilnujących wybudowanego wcześniej pieca, w którym odbywać się miał specjalny wytop, zwany z cudzoziemska "eksperymentem". Po wymianie pozdrowień, przedstawieniu braci Celtów swoim przyjaciołom z obcych krain i rozlokowaniu się na stanowisku, kątem oka dostrzegła pupurowo odziane postacie, krzątające się w cieniu. Ze zdumieniem stwierdziła obecność w osadzie Legionu XIV. Obserwowała ich przez jakiś czas podejrzliwie, a stwierdziwszy, że zachowują się przyjaźnie, podążyła się przywitać. Rzymianie zaprosili ją do swego ogniska, a zwiedziawszy się, że jest zielarką, poczęli prowadzić dyskusję o barwnikach do płótna na tuniki. Faerienn chętnie dzieliła się wiedzą, gdyż uświadomiła sobie, że przebywając w obozie może zaobserwować wiele interesujących szczegółów. Na przykład, które miejsca rzymskiej zbroi są najsłabsze, czy też słuchać o rozprawach na temat taktyki walki. Czujnie śledziła wszelkie rozmowy, gdyż wiedzy nigdy za wiele. A nuż Rzymiaki zechcą kiedyś wtargnąć na zielone wyspy, wtedy znajomość legionu od zaplecza będzie jak znalazł...

Dyskusje trwały do późnego wieczora, przerywane z rzadka pozorowanymi walkami Rzymian i Germanów, kończących się czasem mimowolnymi ranami ku uciesze gawiedzi. Wódz i Bard pogrywali od czasu do czasu w Gwyddbwylla, zapraszając gapiów do pojedynku na pionki, Faer kręciła się między stoiskiem a straganami, od czasu do czasu dłubiąc coś w piecach dymarskich i odpowiadając na pytania turystów. Dzień mijał na krzątaninie.

O zmierzchu rozpalono ogień, którego miał pilnować legat. Rozpoczęły się zwykłe śpiewy, rozmowy, wspominanie wcześniejszych spotkań i planowanie kolejnych. Przy trunkach, wybuchach śmiechu, w przyjaznej atmosferze i blasku ogniska czas mijał nieubłaganie. Noc odchodziła z wolna, ciągnąc za sobą tren świtu i prowadząc za rękę kolejny dzień festynu. Dzień równie zabawny i owocny, jak poprzedni. Godny najlepszych wspomnień.

Zapraszamy do galerii.

[Powrót]