CELTOWIE - LUD EUROPY czyli BISKUPIN 2004
Relacja Faerienn

Podchody do wyjazdu zaczęły się już w styczniu 2004, jak tylko dowiedzieliśmy się, że przewodnim tematem tegorocznej imprezy mają być Celtowie. Sporządziwszy szybko listę zadań, przystąpiliśmy do działania. Niestety okazało się, że domniemane "kontakty" wśród pracowników i przyjaciół biskupińskiego muzeum można o kant sumika potłuc. W efekcie, po nieudanych negocjacjach prowadzonych na własną rękę z dyrektorem Zajączkowskim zostaliśmy z niczym i postanowiliśmy pojechać na festyn turystycznie.

Niedługo przed wyjazdem okazało się - ku mojemu osobistemu zdumieniu - że Celtica liczy o wiele więcej osób, niż mogłoby się wydawać. Oto oprócz podstawowego kwartetu Aneirin-Faerienn-Fergus-Vidrobellinus dołączyła do nas ukochana Fergusa, zaprzyjaźniona para ze Szczecina - Layesse i Diarmuid, dzielna mała Celtka [właściwie niewiadomo skąd] - Saoirse oraz wcale nie mały, acz równie dzielny Celt - Grasant. Zrobiło się bardzo wesoło, bardzo kolorowo i bardzo Celtowo. Zwłaszcza, że wszyscy wystąpili we własnej roboty strojach, wykonanych właśnie na okazję wyjazdu do Biskupina.

Rozlokowani w domkach pobliskiej Oćwieki bawiliśmy się świetnie wieczorami, w dzień natomiast staraliśmy się wywołać jak najwięcej zamieszania na terenie rekonstrukcji osady. Któregoś wieczoru odbyło się walne zgromadzenie, mające na celu omówienie podstawowych kwestii dotyczących dalszej działalności Stowarzyszenia, przyjęcie nowych członków i oczywiście podsumowanie dotychczasowych dokonań. Nowi, legalni już Celtowie poddani zostali tradycyjnej ceremonii wychylenia rogu pełnego miodu. Niektórym tak się spodobało, że powtarzali ową ceremonię jeszcze wielokrotnie tej nocy.

W ciągu dnia dzieliliśmy się na podgrupy, gdyż trudno się wlec kilkunastoosobową grupą wśród tłumów zwiedzających. Z tego powodu pełna relacja z naszego wyjazdu do Biskupina powinna się składać co najmniej z czterech osobnych opowieści, co może nastąpi. Chwilowo postaram się sama sprostać zadaniu.

Cuda i dziwy działy się na terenie rekonstrukcji biskupińskiej osady. Można było zobaczyć smerfy udające Celtów, lejące Rzymian lub dostające od nich baty [żeby się publiczność nie znudziła]. Można było spożyć 'kluski celtyckie' zwane kluskami słowiańskimi, indiańskimi lub innymi - w zależności od tematu przewodniego. Można było schować się w chatce wróżki i wysłuchać przepowiedni z run. Można było spróbować wepchnąć się w tłum na tyle daleko, aby zobaczyć choć czubki dzid wojowników biorących udział w pogrzebie Celta. Można było obejrzeć jak zwykle śliczny występ zespołu tańców irlandzkich i szkockich Comhlan. Można było uczesać się w stylu z dowolnie wybranej epoki, przebrać się na jakiś czas w pożyczone tuniki, aprony i portki. No i przede wszystkim - można było zrobić zakupy. Mój osobisty majątek powiększył się o łużycki garnuszek, wypalany na czarno, drewnianą łyżkę z głową węża, dwie brązowe fibule i kilka kawałków irchy. Wyjechałam z Biskupina z poczuciem bardzo udanej imprezy.

Najbardziej wartościowy - moim osobistym i bardzo subiektywnym zdaniem - był Kraal. Znajdujący się tam rzemieślnicy posługiwali się dawnymi technikami, prawie nikt nie wciskał "cepelii" [chyba że osoby od ozdób, jubilerów nie oglądałam z bliska] i panowała tam bardzo przyjazna i pradawna atmosfera. Godne polecenia były zwłaszcza stanowiska dziegciarzy, pani od szklanych koralików, brązownika i złotnika/srebrnika. Można było pooglądać, posłuchać fachowych opisów wyrobów a nawet pomacać wisiorki, koraliki czy wydrę na patyku.

Jeśli chodzi o wartość historyczną imprezy, była średnia. Turystom, w tym dzieciom, wciskano wiele nieprawdziwych informacji, umiejętnie wplecionych w fakty historyczne, nie dbano o poprawny wygląd występujących "Celtów" - mam tu zwłaszcza na myśli grupę od walk z Rzymianami, mieszano również kramy z "prawdziwymi" przedmiotami, wyrobami archeologów eksperymentalnych, z kramami pełnymi tandetnych pamiątek, gumowych piłek, ciupag z napisem Kołobrzeg oraz drewnianych mieczy. Moim zdaniem powinno się takie cuda od siebie oddzielać szczelnym murem.

Klimat natomiast był wspaniały. Atmosfera ciągłej zabawy, możliwość snucia się w strojach pomiędzy chatami, po lasku, między zaszytymi wśród drzew szałasami, nawet - dla chętnych - po mokradłach sprawiała, że czas mijał niepostrzeżenie. I ani się obejrzeliśmy, a trzeba było wracać...

Zapraszamy do galerii.

[Powrót]